Książka o KPN

Przesladowani, wyszydzani, zapomniani... NIEPOKONANI

Fragment pierwszego rozdziału

Powstanie ROPCiO

Równolegle z formalnym konstytuowaniem się NN trwały rozmowy z KOR (od końca 1976 roku), których celem było powołanie wspólnej organizacji, zajmującej się ochroną praw człowieka. Według Grzegorza Waligóry (s. 61) w końcowej fazie rozmów kluczową rolę ze strony NN odgrywał Leszek Moczulski. W rozmowach ze strony KOR brali udział m. in. Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Józef Rybicki, a także Antoni Macierewicz i Piotr Naimski. Ostatnie spotkanie w tej sprawie odbyło się w piątek 25 marca 1977 roku w domu Jana Józefa Lipskiego. Do porozumienia nie doszło, bo przedstawiciele KOR nie chcieli się zgodzić na to, żeby liczba sygnatariuszy wspólnej deklaracji wynosiła po 50 osób z obu środowisk, ani też nie akceptowali pomysłu, by kierownictwo wspólnej organizacji opierało się na parytecie 50:50. Działacze KOR zaplanowali na poniedziałek 28 marca 1977 roku samodzielne powołanie Komitetu Obrony Praw Człowieka.

W tej sytuacji w piątek 25 marca 1977 r., gdy Moczulski (w obecności Rybickiego) w kawiarni przy Dworcu Centralnym zreferował Czumie i Grzywaczewskiemu przebieg rozmów z KOR, podjęta została decyzja o proklamowaniu w następnym dniu Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Jak podaje Waligóra (s. 64) „Apel do społeczeństwa polskiego” już w piątek wysłano (bez podpisów sygnatariuszy) do Marszałka Sejmu i do Episkopatu Polski. Do wieczora w piątek Moczulski, Czuma,  Wojciechowski i Ziembiński zbierali podpisy pod tym apelem (podpisało się w sumie 18 osób, w tym 4 członków KOR), a rano w sobotę zaczęli roznosić zaproszenia na konferencję prasową.

Leszek Moczulski („Lustracja”, s. 202): „W danym czasie najważniejszym wielkim skokiem było dla nas utworzenie Ruchu Obrony. Gdyby SB rozpoznała ten zamiar na czas, była w stanie nie dopuścić do jego realizacji, a przynajmniej znacznie odwlec samo powołanie jawnej struktury opozycyjnej. (...) Metoda była względnie prosta i obustronnie znana, gdyż stosowana wielokroć. Aby uwiarygodnić podejmowane działanie, przybierające zazwyczaj postać listu otwartego czy apelu - opozycjoniści czy tzw. dysydenci musieli zdobyć poparcie odpowiednio licznej grupy znanych osób, potwierdzane ich podpisami na przeznaczonym do publikacji dokumencie. Dlatego, skoro tylko bezpieka dowiadywała się, że podejmowana jest taka nielegalna inicjatywa, funkcjonariusze starali się zdobyć listę sygnatariuszy aby ich zastraszyć. (...) Utworzenie Ruchu Obrony musiało być uwiarygodnione podpisami pewnej ilości osób znanych, a także reprezentatywnych dla środowisk, które wspólnie podjęły to działanie. Gdyby SB wcześniej odkryła ten plan i ustaliła o jakie środowiska chodzi - była w stanie całkowicie go pokrzyżować. Obok utrzymywania w tajemnicy naszych rzeczywistych zamiarów, znanych tylko nielicznej grupie ludzi, stosowaliśmy w szerokim stopniu działania dezinformacyjne. Dlatego zdecydowałem się na przeprowadzenie na raz dwu trudnych operacji: przygotowania zjazdu NN (ostatecznie odbył się on na strychu klasztoru Jezuitów w Warszawie, gdzie SB nie mogła wkroczyć) i powołania ROPCiO. To pierwsze działanie, obejmujące znaczną grupę osób, które ponadto wcześniej omawiały w swoich środowiskach projekt deklaracji ideowej, łatwiejsze do rozpoznania przez SB - osłaniało drugie. Okazało się, że bardzo skutecznie. Dlatego powołanie ROPCiO właśnie z inicjatywy naszych środowisk niepodległościowych stało się rzeczywistym zaskoczeniem nie tylko dla najwyższych władz PRL, lecz również dla Służby Bezpieczeństwa. Powstanie Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela w Polsce ogłosiłem w sobotę 26 marca 1977 o godz. 17.00 na jawnej konferencji prasowej w mieszkaniu Antoniego Pajdaka na siódmym piętrze wieżowca przy u Próżnej, w pobliżu obecnego ronda ONZ. Obok gospodarza - wielkiej postaci polskiej irredenty niepodległościowej, w konferencji uczestniczyli Adam Wojciechowski i Wojciech Ziembiński, a także moja żona i córka Wojtka jako obsługa techniczna; przybyli tylko dziennikarze zagraniczni, przedstawiciele czterech redakcji krajowych odesłali zaproszenia, które doręczaliśmy od 9.00 rano. Gdy przed południem spotkałem się w kawiarni “Lajkonik” na placu Trzech Krzyży ze Zbigniewem Załuskim, członkiem ekipy doradców Gierka, a moim ważnym informatorem, był bardzo podekscytowany: „Powstaje Komitet Praw Człowieka, ale nie zakłada go KOR-owskie “towarzystwo gerontologiczne”, tylko jakaś inna grupa, zaproszenie na konferencję prasową dostarczył do PAP jakiś Adam Wojciechowski, podobno niepodległościowiec... W Białym Domu (gmach KC PZPR - LM) kompletne zaskoczenie!”. W bezpiece również. W aktach nie ma najmniejszego śladu, aby nasz zamiar odczytano wcześniej. Skuteczna okazała się szybkość działania (podpisy zaczęliśmy zbierać w piątek późnym popołudniem, lista sygnatariuszy skompletowana została w sobotę rano, materiały dla prasy skończyliśmy przygotowywać godzinę przed konferencją prasową), ale jeszcze bardziej powiodły się najprzeróżniejsze formy wielotygodniowej kampanii dezinformacyjnej, odwracającej uwagę SB. O wszystkim bezpieka dowiedziała się z Wolnej Europy. Datowany dopiero na 28 marca meldunek SB, umieszczony w teczce [SOR] “Oszust” zawiera wyłącznie dane, które dwa dni wcześniej przekazaliśmy dziennikarzom zagranicznym na konferencji prasowej. Krajowi też by je otrzymali, ale zabroniono im przyjść. W sobotę wieczorem materiały te rozgłosiła na cały świat RWE, a w poniedziałek w “Trybunie Ludu” ukazał się artykuł niejakiego Bareckiego ”.

Przypomnijmy, że dla Leszka Moczulskiego i związanego z nim środowiska powstanie ROPCiO nie było celem samym w sobie, ale ważnym krokiem na drodze do zbudowania jawnej organizacji niepodległościowej. W skład ROPCiO weszły jednak także inne środowiska. Moczulski („Lustracja”, s. 280-281): „Na początku byliśmy wszyscy razem. Z kilku różnych grup szybko stworzyliśmy zwarte środowisko, oparte o wzajemne zaufanie, lojalne i ofiarne. Łączyło nas wiele: wspólne poczucie obowiązku wobec Polski i Polaków, świadomość wypełnianej misji, determinacja działania, ale również przyjęcie wysokiego ryzyka, nie cofającego się przed więzieniem i cierpieniem. Zagrożenia nie były wprawdzie tak ogromne, jak ćwierć wieku wcześniej, ale cena działania pozostawała znaczna. Bez porównania większa, niż w okresie stanu wojennego. Wieloletnie ciężkie więzienie bez nadziei przedterminowego zwolnienia, zepchnięcie na margines, trwały niedostatek, ciągły nadzór policyjny i niemożność korzystania z praw, dopuszczalnych dla przeciętnych, zgoła nie uprzywilejowanych, poniewierka. Dla tych z nas, którzy już przeszli więzienia, było to łatwiejsze, ale pozostawało pytanie, czy mamy prawo narażać na to wszystko naszych bliskich. Największe zagrożenie mieściło się gdzie indziej. Ryzykowaliśmy nie tylko sobą, przede wszystkim celem naszych działań. Było nas niewielu. Dlatego tym jaśniej rozumieliśmy, że jeśli zabraknie nam roztropności, jeśli źle skalkulujemy ryzyko, jeśli popełnimy błędy, jeśli źle wybierzemy czas podjęcia czynnego i jawnego działania - zostaniemy wyeliminowani fizycznie, wyłączeni ze społecznej aktywności na długie lata. Gdy zastraszy to innych, nikt nie pójdzie za nami, nie podejmie przerwanej walki. Największym ryzykiem było, że nasza nieopatrzność może przyczynić się do zaniku wolnościowych aspiracji Polaków na kolejną dekadę”.